Maraton – królewski dystans. Ukoronowanie ciężkich, codziennych treningów biegowych. Magia liczb 42,195 km – 2:59. Dla biegających amatorów to niczym medal olimpijski, mistrzostwo świata czy rekord wszechczasów. Złamać barierę 3 godzin w maratonie to nie lada wyczyn. Aby tego dokonać, potrzeba czegoś więcej niż tylko regularnych treningów. To styl życia, zdrowe odżywianie, motywacja, determinacja i upór w dążeniu do wyznaczonego celu.

Po dogłębnej analizie i rozmyślaniu o moim bieganiu (pomimo tego, że dopiero niedawno wyszedłem z biegowej “dupy”) stwierdziłem, że przy sprzyjających warunkach i spełnieniu kilku czynników złamanie 3h jest realne.

Tytuł tego wpisu mówi jak złamać 3 godziny w maratonie. Niestety nie znam jeszcze stu procentowej odpowiedzi, ba póki co nawet jestem dość daleko od tego, ale postaram się przybliżyć kilka czynników, które mają pomóc mi i tobie w realizacji tego celu.

Będzie to bardzo trudne do osiągnięcia, ale jest to możliwe. W moim przypadku jest to nawet najwłaściwszy (patrząc na mój wiek i jakieś tam biegowe doświadczenie) moment, żeby „to” zrobić.

Jak zamierzam osiągnąć cel:

Przede wszystkim na jesień tego roku muszę wyrównać swoją życiówkę w maratonie i wrócić na poziom biegania sprzed 1,5 roku. Wiosną wróciłem do regularnego biegania. W przeciągu dwóch ostatnich miesięcy opuściłem raptem 3 treningi, co w moim przypadku jest bardzo dobrym wynikiem. Regularność to podstawa. Teraz czeka mnie trochę intensywnego biegania latem i jest spora szansa, że na jesień uda się fajnie pobiec.

Co równie istotne, wróciła radość z biegania, której w zeszłym roku nie było. Znowu czuję ten biegowy flow, a radość z dobrze wykonanego treningu jest nie do opisania – słowem, jesteśmy w domu 🙂

Jak jesienią uda się dobrze pobiec to potem będzie czekać mnie rok ciężkiej pracy i systematycznych, ale mądrych i przemyślanych treningów. Zima będzie kluczowa, ponieważ faktem jest, że tak jak “zasiejemy” sobie zimę, to potem przez cały sezon zbieramy plony lub nie, jeśli zima była źle przepracowana. A wiadomo, że bieganie zimą to walka przede wszystkim z motywacją, ze swoimi słabościami i “niechcemisiem”.

No właśnie, najważniejszy jest plan. Nie sztuka jest dużo biegać i klepać bezsensownie kilometry. Od niedawna biegam wg nowego planu (dzięki Artur!) i powiem szczerze, że póki co jestem zachwycony. Nie ma nudy, treningi są urozmaicone, cały czas coś się dzieje i widzę, że to wszystko ma sens. Wydolność się poprawia, biegam coraz lżej i szybciej. Jak na razie jest bardzo dobrze, ale wiem również, że najtrudniejsze przede mną. Pamiętam jednak o tym, że im trudnej na treningach tym łatwiej potem na zawodach. A nie ma nic piękniejszego, jak przebiec zawody z uśmiechem (nawet jeśli to maraton) i radością, że wszystkie te treningi i cierpienie się opłaciło.

Oprócz treningu bardzo istotnym elementem będą ćwiczenia ogólnorozwojowe. Nie ma się co oszukiwać – bez tego daleko nie zajedziemy. Muszę popracować nad innymi częściami ciała, nad wzmocnieniem poszczególnych partii mięśni i systematycznie optymalizować wagę.

Ćwiczenia, ćwiczenia – to jest mój koszmar. Gdybyście wiedzieli ile razy się za to zabierałem. Pocieszam się tym, że 80% biegaczy amatorów ma ten problem, ale wiecie co – właśnie te 20% biega szybciej od nas  i to jest ten problem, który priorytetowo należy rozwiązać.

Mam tabelkę motywacyjną na lodówce (dzięki raz jeszcze Łukasz Grass za inspirację) i zestaw ćwiczeń i pomału jadę z tym koksem.

Odnośnie “koksu”: Na pewnym etapie intensywności treningowej powinno się suplementować. Są różne opinie na ten temat i teorie, ale na zdrowy rozum; jeśli ktoś sporo trenuje to nie jest w stanie normalnym posiłkiem uzupełnić braki w organizmie, ponieważ musiałaby jeść bardzo dużo. Dlatego jeśli nie teraz to w późniejszym etapie zostanie wprowadzone BCAA a może i coś jeszcze – zobaczymy. Pamiętajmy o tym, że na pewnym poziomie amatorskiego biegania, granica pomiędzy amatorem a wyczynowcem zaczyna się mocno zacierać.

To wszystko w połączeniu z odpowiednią dieta i zdrowym odżywianiem. Niby banał, ale jakże istotny, jeśli nie najważniejszy obok samych treningów. Powiedzenie, że jesteś tym co jesz jest niezwykle ważne i warto to wziąć sobie do serca.

Ja zaczynam i działam już teraz.

Jeśli się plan uda to na jesień 2018 roku będę się cieszyć z 2:59 na mecie w maratonie. Jeśli nie, to spróbuję w 2020. Może być też taka sytuacja, że nigdy nie dojdę do tego poziomu, ale przynajmniej będę bardziej zdrowy i miał lepsze samopoczucie z uprawiania sportu. Biegowe marzenia trzeba mieć i trzeba dążyć do ich osiągnięcia. A nuż się uda.

Trzymajcie kciuki i kibicujecie mi przez cały czas w realizacji założonego celu. Będę się z wami dzielić przemyśleniami, postępami i będę was informować o poszczególnych etapach 🙂

Mamy sporo czasu, ale jednocześnie nie dużo. Trzeba napierać i gonić za najlepszymi 🙂